Minął rok, od kiedy władza nakazała polskim kierowcom jazdę z włączonymi światłami mijania, bez względu na porę dnia i roku. Przyszła pora, by wystawić rachunek zwolennikom ustawowego przymusu.
Jak podaje “Rzeczpospolita”, dzięki jeździe “na światłach” zużyliśmy o 60% żarówek więcej, dopłaciliśmy za paliwo ponad 2 miliardy złotych i wyemitowaliśmy do atmosfery pół miliona ton dwutlenku węgla! Do tego doszły jeszcze słone mandaty dla opornych i koszty reanimacji akumulatorów, które łatwo rozładować, gdy zapomni się o wyłączeniu świateł niewidocznych w pełnym słońcu. Mimo tego tytanicznego wysiłku całego narodu i szczytnych zamierzeń ustawodawcy liczba wypadków wzrosła, choć między rokiem 2005 a 2006 – jeszcze przed wprowadzeniem idiotycznego nakazu – spadała, pomimo wzrastającej liczby pojazdów!
W Polsce nie działa (jeszcze?) Ministerstwo Prawdy, które wymazywałoby z przeszłości niewygodne fakty, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zerknąć na wydarzenia minionego roku. A są naprawdę ciekawe! Po pierwsze – za reformą lobbowała Koalicja na rzecz jazdy na światłach przez cały rok, zrzeszająca ponad 40 różnego rodzaju instytucji (wśród nich – co za niespodzianka – również producenci żarówek i dystrybutorzy paliw!). Po drugie – za wprowadzeniem przymusu argumentowano, powołując się na bzdurne, jak się okazuje, badania. Instytut Transportu Samochodowego obiecywał spadek liczby zabitych w wypadkach o 20%, a Komisja Europejska zapowiadała spadek liczby wypadków, w zależności od typu, od 5% do nawet 32%. Jako przykłady krajów, w których auta jeżdżą z włączonymi non stop światłami, przedstawiano Danię, Norwegię, Szwecję, Islandię i Kanadę. Nikomu nie dało do myślenia położenie tych państw, dziwnym trafem dość wyraźnie wysuniętych na północ (kopiowanie tamtejszych rozwiązań prawnych, to prawie jak przymusowe ubieranie Egipcjan w eskimoskie futra!). Po trzecie – za nakazem głosowało 279 posłów, a przeciw – 137. Z tym jednym, ważnym zastrzeżeniem, że 81% głosów “przeciw” głupiemu przepisowi było głosami posłów rządzącego wówczas PiS, a nakaz wszedł w życie dzięki gremialnemu poparciu sejmowej lewicy i stu jedenastu posłów rzekomo liberalnej Platformy Obywatelskiej.
Po roku jazdy “na światłach” bilans jest prosty – na drogach przybyło wypadków, nam ubyło pieniędzy, a zarobiły stacje paliw, producenci żarówek i Skarb Państwa. Naukowe badania okazały się funta kłaków warte, a propagandowa kampania na rzecz bezpieczeństwa – więcej przyniosła szkody niż pożytku. Austriacy, którzy też dali się zwariować, już poszli po rozum go głowy i od pierwszego stycznia znów używają świateł zgodnie z ich przeznaczeniem – czyli wtedy, gdy widoczność jest kiepska. A Polak? Od pięciu wieków to samo – Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.