Posty oznaczone jako ‘PO’

Reforma bez znieczulenia

10 październik 2008

Pani minister Kopacz uchyliła nam rąbka tajemnicy i znamy już jej genialny plan uzdrowienia służby zdrowia przez wykończenie pacjentów!

Jak doniósł “Dziennik”, “budżetu państwa nie stać na to, by zapewnić Polkom darmowe znieczulenie przy porodzie. Poród to fizjologia i tak nas, kobiety, stworzyła natura, że pewne rzeczy powinny się odbywać jej siłami – mówi minister zdrowia Ewa Kopacz”. Polki rodzić więc będą w bólach, bo Polska nie ma ani wystarczającej ilości anestezjologów, ani pieniędzy dla nich.

Z jakiegoś powodu media i ekspertów oświadczenie to oburzyło. Tymczasem ta decyzja jest znaczącym krokiem w kierunku uzdrowienia polskiej służby zdrowia! Pani Kopacz wkroczyła właśnie na ścieżkę ostatecznej reformy, która definitywnie rozwiąże wszystkie problemy. Po odtrąbieniu sukcesu na polu bezznieczuleniowych porodów, znieczulenie zostanie – tylko patrzeć – stopniowo wyeliminowane z kolejnych zabiegów i operacji (że boli? kochani, nie przesadzajmy! przecież tak nas stworzyła natura!). To powinno skutecznie skrócić kolejki i zmniejszyć apetyty pacjentów na usługi medyczne.

(więcej…)

Rachunek za światła

27 kwiecień 2008

Minął rok, od kiedy władza nakazała polskim kierowcom jazdę z włączonymi światłami mijania, bez względu na porę dnia i roku. Przyszła pora, by wystawić rachunek zwolennikom ustawowego przymusu.

Jak podaje “Rzeczpospolita”, dzięki jeździe “na światłach” zużyliśmy o 60% żarówek więcej, dopłaciliśmy za paliwo ponad 2 miliardy złotych i wyemitowaliśmy do atmosfery pół miliona ton dwutlenku węgla! Do tego doszły jeszcze słone mandaty dla opornych i koszty reanimacji akumulatorów, które łatwo rozładować, gdy zapomni się o wyłączeniu świateł niewidocznych w pełnym słońcu. Mimo tego tytanicznego wysiłku całego narodu i szczytnych zamierzeń ustawodawcy liczba wypadków wzrosła, choć między rokiem 2005 a 2006 – jeszcze przed wprowadzeniem idiotycznego nakazu – spadała, pomimo wzrastającej liczby pojazdów!

W Polsce nie działa (jeszcze?) Ministerstwo Prawdy, które wymazywałoby z przeszłości niewygodne fakty, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zerknąć na wydarzenia minionego roku. A są naprawdę ciekawe! Po pierwsze – za reformą lobbowała Koalicja na rzecz jazdy na światłach przez cały rok, zrzeszająca ponad 40 różnego rodzaju instytucji (wśród nich – co za niespodzianka – również producenci żarówek i dystrybutorzy paliw!). Po drugie – za wprowadzeniem przymusu argumentowano, powołując się na bzdurne, jak się okazuje, badania. Instytut Transportu Samochodowego obiecywał spadek liczby zabitych w wypadkach o 20%, a Komisja Europejska zapowiadała spadek liczby wypadków, w zależności od typu, od 5% do nawet 32%. Jako przykłady krajów, w których auta jeżdżą z włączonymi non stop światłami, przedstawiano Danię, Norwegię, Szwecję, Islandię i Kanadę. Nikomu nie dało do myślenia położenie tych państw, dziwnym trafem dość wyraźnie wysuniętych na północ (kopiowanie tamtejszych rozwiązań prawnych, to prawie jak przymusowe ubieranie Egipcjan w eskimoskie futra!). Po trzecie – za nakazem głosowało 279 posłów, a przeciw – 137. Z tym jednym, ważnym zastrzeżeniem, że 81% głosów “przeciw” głupiemu przepisowi było głosami posłów rządzącego wówczas PiS, a nakaz wszedł w życie dzięki gremialnemu poparciu sejmowej lewicy i stu jedenastu posłów rzekomo liberalnej Platformy Obywatelskiej.

Po roku jazdy “na światłach” bilans jest prosty – na drogach przybyło wypadków, nam ubyło pieniędzy, a zarobiły stacje paliw, producenci żarówek i Skarb Państwa. Naukowe badania okazały się funta kłaków warte, a propagandowa kampania na rzecz bezpieczeństwa – więcej przyniosła szkody niż pożytku. Austriacy, którzy też dali się zwariować, już poszli po rozum go głowy i od pierwszego stycznia znów używają świateł zgodnie z ich przeznaczeniem – czyli wtedy, gdy widoczność jest kiepska. A Polak? Od pięciu wieków to samo – Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Liberalizm ante portas

26 kwiecień 2008

Jan Fijor nigdy nie grzeszył łagodnym piórem, ale ostatnie “liberalne” szaleństwa Platformy sprawiły chyba, że kompletnie puściły mu nerwy. Efektem – fenomenalny, doskonale uargumentowany i pełen złośliwej ironii artykuł pod wiele mówiącym tytułem Liberalizm ante portas. Jeśli nie można liczyć na rozsądek władzy, to zawsze warto przynajmniej się z niej pośmiać. Gorąco polecam!

Ogon zamerdał psem

18 kwiecień 2008

Platforma ogłosiła, że odpuszcza sobie jedno ze swoich sztandarowych haseł wyborczych i nie zamierza forsować jednomandatowych okręgów wyborczych. I ta decyzja jest – paradoksalnie – najlepszym dowodem na to, jak bardzo Polska potrzebuje takiej reformy!

Nie jestem entuzjastą demokracji jako takiej i szczerze wątpię, by ordynacja większościowa fundamentalnie podniosła jakość życia politycznego w naszym kraju. Tam, gdzie za sprawy państwa odpowiada kilkuset rozwrzeszczanych wybrańców ludu, nie może dziać się dobrze. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że mechanizm wyboru posłów jest ważny, a demokracja może być zła lub gorsza.

Ordynacja większościowa ma tę ważną zaletę, że wprowadza do polityki demokratycznej odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Po pierwsze: wyborcy głosujący w JOW-ach, wybierają konkretne osoby, więc politycznym miernotom trudniej skryć się za partyjnym szyldem. Po drugie: ordynacja większościowa sprzyja kreowaniu systemu dwupartyjnego, w którym zwycięska partia może samodzielnie rządzić i tym samym ponosić całościową odpowiedzialność za stan państwa.

Obecny Sejm wybrany został w fatalnej ordynacji proporcjonalnej. Skutki najlepiej widać w koalicji PO z PSL-em, czyli politycznym romansie wody z ogniem. Dla dobra tegoż romansu 209 posłów Platfomy zrezygnowało z realizacji obietnic, które w ubiegłym roku składali wyborcom. Wszystko dla garstki 31 ludowców, którzy – ani chybi – wystraszyli się o swoje stołki i postanowili JOW-y zawetować.

Patrząc na pospieszne zwijanie wyborczych sztandarów, polski wyborca mógł podziwiać rzadki polityczny fenomen – ogon merdający psem. Kto ów fenomen przegapił, nie ma powodów do zmartwień – ordynacja proporcjonalna przetrwała, więc mamy gwarancję, że w polskiej demokracji nie raz jeszcze będziemy świadkami rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

Meldunek zostaje

28 luty 2008

No tak. Poopowiadał nam premier o wolności, normalności i drugiej Irlandii, ale jak przyszło co do czego – obowiązek meldunkowy musi zostać. Nie wyobrażam sobie zniesienia meldunku w tej chwili – powiedział “Dziennikowi” Konstanty Miodowicz i obawiam się, że nie jest to jedynie chwilowa niedyspozycja jego wyobraźni, ale poważniejszy intelektualny defekt powszechny na naszej scenie politycznej.

Nie spodziewałem się oczywiście, że rząd Tuska zrealizuje obietnicę zniesienia meldunku. Zbyt wiele jest w Polsce starych, stetryczałych, sklerotycznych instytucji i przepisów, żeby można było przeforsować aż tyle normalności naraz. Szokuje natomiast argumentacja. Przedstawiciel Platformy Obywatelskiej stwierdził, że likwidacja obowiązku meldunkowego zagrozi bezpieczeństwu państwa (sic!). Z kolei Janusz Zemke z LiD nadał sprawie wyższy poziom abstrakcji stwierdzając, że i tak te najbardziej uciążliwe przepisy związane z meldunkiem są martwe. Czyli, w tłumaczeniu na polski: przepisy są kretyńskie, ale i tak wszyscy mają je w dupie, więc po co je zmieniać?

Nasuwa się pytanie – skoro z przepisów meldunkowych kpi sobie większość Polaków, to jak można w ogóle mniemać, że jakikolwiek szanujący się terrorysta zamelduje się grzecznie pod swym rzeczywistym miejscem pobytu, by ułatwić pracę naszemu – pożal się, Boże – kontrwywiadowi?!

Słuchając wypowiedzi komisji trudno oprzeć się wrażeniu, że może naprawdę lepiej by było, gdyby – dla bezpieczeństwa państwa – Ci panowie trzymali się z dala od prawodawstwa.

Uwaga – będą naprawiać!

19 luty 2008

Liberalizm liberalizmem, ale pieniądze skądś brać trzeba, więc znów rząd łakomym okiem zerka na środki zgromadzone na rachunkach OFE. Minister Jolanta Fedak wymyśliła, że – dla naszego dobra, oczywiście! – pomajstruje trochę przy drugim filarze, na którym opierają się emerytury milionów Polaków.

Po pierwsze, pieniądze, w drodze do kieszeni emeryta, miałyby przechodzić przez dziurawe kieszenie sklerotycznego ZUS-u. Po drugie, w ramach zapobiegania skutkom giełdowej bessy, zostaną funduszom narzucone pewne scenariusze inwestowania i struktury portfeli, czyli w praktyce przepisy ograniczą ich (i tak już bardzo skromną) gospodarczą inicjatywę. Po trzecie, żeby socjalistycznego placka ozdobić liberalną wisienką, rząd okaże liberalną łaskę i zezwoli funduszom, na inwestowanie za granicą nie pięciu, jak ma to miejsce teraz, ale nawet 10 procent aktywów!

Gdyby chcieć streścić plan reform w jednym zdaniu, to należałoby powiedzieć, że rząd chce położyć łapę na naszych pieniądzach, robiąc przy okazji kilka kosmetycznych poprawek w ramach zasłony dymnej. Tymczasem cała dyskusja nad strukturą drugiego filaru woła o pomstę do nieba. Jakim prawem rząd zmusza mnie do opłacania emerytalnych składek? Jakim prawem rząd zmusza potem firmę, której płacę, do takiego a nie innego inwestowania środków? I w końcu – jakim prawem ten rząd zabiera jej potem moje pieniądze??

Ktoś powie: państwo interweniuje, bo wstępne analizy pokazują, że emerytury z OFE będą głodowe. Ale – na litość Boską! – to właśnie to państwo wprowadziło restrykcyjne przepisy dla funduszy i obligatoryjność składek (tworząc oligopol), pokazało palcem kilka wąskich obszarów i wykluczyło swobodne inwestowanie środków (burząc ekonomiczną swobodę) i nieterminowo przekazuje środki (powodując realne straty). Jak to ktoś kiedyś podsumował socjalistów – “wyjęli sprężynę z zegarka i dziwią się, że przestał chodzić”